Spis jeńców Stalagu IB Hohenstein

Łomonosow Dymitr Borysowicz


Miejscowość: Kraj Krasnojarski
Numer jeńca: 213723
Okres niewoli: lato 1944

Dymitr Borysowicz Łomonosow dostał się do niewoli wiosną 1944 roku pod Mozyrem (Ukraina) . Był ciężko ranny, podleczono go w obozie jenieckim w Chełmie, następnie wysłano do Stalagu I B Hohenstein. Stamtąd przesłano go do Stalagu XX C (312) w Toruniu, skąd w "marszu śmierci" zimą i wczesną wiosną 1945 r. doszedł do Stalagu Sandbostel pod Hamburgiem. Tam doczekał się wyzwolenia. Obecnie mieszka w Moskwie .

Fragment jego wspomnień, które zawarł w opowiadaniu "Niewola" jest opublikowany na naszej stronie.

Dymitr  Borysowicz  Łomonosow

NIEWOLA  [fragment]

[tłumaczył Wojciech Beszczyński]

4.Hohenstein

 

Tym razem załadowali nas na sanie ciągnione przez konie, którymi powoził cywil, młody Polak, prawdopodobnie zmobilizowany do tej pracy. Jechaliśmy powoli ulicami miasteczka w asyście konwojentów, na oczach stojących wzdłuż poboczy ludzi. Często ktoś podbiegał do sań i wsuwał nam do rąk to kawałek chleba, to jabłko, to ugotowany kartofel. Pilnujący nas Niemcy pokrzykiwali bez złości na tych ludzi, ale tak więcej dla pozoru.

Przywieziono nas na stację i załadowano do wagonów, podłoga których była zasłana grubą warstwą słomy. Wkrótce potem nas znowu dokądś powieźli. Jechaliśmy długo, dwa lub trzy dni, cierpiąc z pragnienia i głodu; ze dwa razy wydali po jednym sucharze i czerpaku zupy. W końcu pociąg się zatrzymał, otworzyły się drzwi wagonu i prosto przed nimi stał gmach stacji z napisem ?Allenstein?.

Pod wagony podstawiono wozy zaprzężone w konie, załadowano nas i ruszyliśmy do nowego miejsca przeznaczenia. Wszędzie już pachniało wiosną, śniegu prawie nie było, na rozmarzniętych placach zieleniała trawka. Przejechaliśmy przez porządne niemieckie miasteczko parterowych i jednopiętrowych domków z ogródkami, z wysokimi dachami krytymi dachówką. Z daleka wyglądało to jak zbiorowisko pudełek zapałek. Ukazał się obóz: rzędy drutu kolczastego, za nimi szeregi półziemianek-półbaraków, każdy ogrodzony w swojej strefie. Z początku zawieziono nas do łaźni ? parterowego baraku z cegły z wysokim dymiącym kominem. Rozebraliśmy się, powiązali w tłumoczki swoją odzież, przyczepiając do niej żeton z numerkiem, oddaliśmy rzeczy włoskim jeńcom, którzy czekali na nie za drewnianymi balustradami. Niemiecki żołnierz, dowodzący ?procesem łaziebnym? wydał każdemu z nas po kawałku dziwnego, podobnego do gliny materiału, zastępującego mydło. Po zetknięciu z wodą pokrywał się on podobną do piany warstewką, tak że można było z jej pomocą zeskrobać brud nagromadzony na dawno nie mytym ciele.

Podskakując na jednej nodze przekuśtykałem do dużej sali, gdzie z sitek pryszniców lały się strugi gorącej wody, z lubością się wymyłem, starając nie zamoczyć opatrunku.

Kiedy doskakałem do szatni jeden z Włochów podał mi dwie deski z przybitymi na końcach poprzeczkami i w ten sposób dorobiłem się szczudeł.

Po długim wyczekiwaniu w szatni, z komory obróbki parą dostarczono odzież. Włosi, swobodnie wypowiadając numery po rosyjsku, wydali parującą jeszcze odzież. Ubraliśmy się.

Niemiecki starszy szeregowy (już nauczyłem się rozróżniać liczne stopnie niemieckich  podoficerów)  zapisał na kartce dane każdego: nazwisko, imię, stopień wojskowy, narodowość, wyznanie i oznajmił każdemu przypisany mu numer osobisty, wymagając aby  zapamiętać jak on brzmi wypowiadany po niemiecku. Przy apelach będą wywoływać nie nazwiskami, a numerami.

Po tej procedurze ?meldunkowej? rozprowadzono nas do baraków. W czasie oczekiwania w szatni dowiedziałem się, że obóz ten nazwa się Hohenstein (teraz on znajduje się na terytorium polski, a miasto Hohenstein nazywa się Olsztynek) i w niemieckich wykazach jest oznaczony jako Stalag I-A. [Skąd taka pomyłka? *Piotr] W nim są przetrzymywani jeńcy-inwalidzi, niezdolni do wykorzystani ich pracy.

Barak, do którego mnie przydzielono był ziemianką z czterema rzędami prycz. Dwa rzędy zewnętrzne były przedzielone od dwóch wewnętrznych  szerokim przejściami. Wewnętrzne rzędy prycz, przedzielone niewysoka przegrodą, były dwupoziomowe i miały kilka wewnętrznych przejść, w których były ustawione żelazne piecyki i stoły z ławkami. Wyjścia z baraku były po obydwu stronach ze szczytów. Wyjście, wychodzące na szeroką ulicę ciągnącą się przez cały obóz, było jak gdyby głównym. Po ulicy przechadzali się uzbrojeni w karabiny wartownicy. Drugie wyjście było zwrócone na ogrodzenie zewnętrzne, składające się z czterech rzędów drutu, pomiędzy którymi znajdowała się spirala Bruno. Pomiędzy ogrodzeniem zewnętrznym i barakiem znajdowała się strefa sanitarna, w której była toaleta z betonowym ściekiem, utrzymywanym we względnej czystości i umywalka ? betonowe koryto z kranami wodociągowymi. Na zewnątrz ogrodzenia co 100-150 metrów stały wieżyczki, na których majaczyły sylwetki wartowników i sterczały lufy karabinów maszynowych.

Za ogrodzeniem widać było niewielkie wzgórze, na którym była dziwna budowla: kwadratowa, zbudowana z cegły zwężająca się ku górze wieża z blankami. Okazało się, że ta budowla to pomnik zwycięstwa Niemców nad armią generała Samsonowa w czasie I Wojny Światowej.  Z dwóch stron ulicy ciągnęły się rzędy jednakowych baraków, przedzielonych drutem kolczastym.

W baraku blisko głównego wejścia było wydzielone niewielkie pomieszczenie dla starosty i tłumacza. W ciągu dnia tutaj bez przerwy dyżurował odpowiedzialny za barak niemiecki żołnierz.

Starosta przydzielił mnie do brygady i wskazał miejsce na pryczy. Moim sąsiadem z prawej strony okazał się młody urodziwy Tadżyk, czule opiekujący się swym ziomkiem w podeszłym wieku, który leżał za nim. Cierpiał na wrzody żołądka   i męczył się z bólu. Po mej prawej stronie był starszy (około czterdziestoletni) Ukrainiec spod Mariampola. Bawił mnie opowiadaniami, które zaczynał od słów ?Ot jak ja robił u radgoski..? i zawierał historie jego stosunków z ?garną babą?, która nie tylko spełniała jego męskie potrzeby, ale i napełniała brzuch.

Brygady były zorganizowane według następującej zasady: na drużynę składającą się z 12 ludzi przydzielano jeden bochenek chleba, na 4 drużyny ? jeden baniak z zupą lub herbatą.

Rozpoczął się kolejny etap życia w niewoli.

Tak jak i dotąd, dzień podzielony był na części ? do śniadania (chleb i herbata), do obiadu (zupa) i do wieczornej herbaty. Zupa, której na każdego przypadało pół litra, była tutaj trochę bardziej odżywcza niż w Chełmie: w niej oprócz brukwi i buraka pastewnego znajdowały się nieoczyszczone kartofle. Długo nie mogłem przyzwyczaić się do zapachu kartoflanki, tłumiącego wszystkie inne zapachy i smaki tego wywaru. Dwa razy na tydzień zupę gotowano nie z warzyw, ale z kaszy, nieraz  z owsianki. Wyczekiwaliśmy na te dni z niecierpliwością ? taka zupa bardziej syciła.

W określonym czasie po zupę wyprawiano grupę tragarzy, cały barak obserwował ich powrót z kuchni. Tragarze nieśli baniaki na drągach ułożonych na ramionach. Jeśli z baniaka unosiła się para to oznaczało, że zupa jest cienka, warzywna, jeżeli pary nie było to gęsta, z kaszy. Usługi tragarzy były nagradzane; na kuchni mogli myć kotły, w których na dnie i ściankach zostawały resztki strawy.

Baniaki rozdawali na brygady i wybrany przez brygadę zaufany rozlewający rozdzielał zawartość baniaka do menażek. Umiejętność rozlewania zupy do menażek tak, żeby zachować równe proporcje między gęstym i rzadkim była wysoko ceniona, posiadający tę umiejętność cieszył się powszechnym szacunkiem. Jednakże, mimo wszystko, napełnione menażki losowano. Wszystkie zestawiano razem, jeden z członków brygady po kolei obracał się do nich plecami, inny krzyczał, wskazując na jedną z menażek palcem ?dla kogo??, losujący odpowiadał ?dla Piotra, dla Iwana , dla siebie? i t.d. W naszej brygadzie brygadzistą - rozlewającym był starszy krawiec Iwan Spirydonowicz, który nosił profesorską bródkę i okulary, cały czas spędzał nad szyciem.

Jeszcze bardziej odpowiedzialną operacją był podział chleba. Zajmowano się tym po kolei, ponieważ rozdzielający jakkolwiek by się nie starał, zawsze nasłuchał się przytyków i był obrażany. Przy podziale chleba wytworzył się określony ceremoniał. Pod uważną obserwacją wszystkich dwunastu członków brygady, z towarzyszeniem chóru rad, kolejny rozdzielający, podłożywszy papier, na początku odkrajał obie piętki i dzielił je na 12 części. Potem rozkrajał na dwanaście równych części bochenek, sprawdzając wielkość kawałków poprzez ważenie na specjalnej, przez nas zrobionej wadze. Ta waga składała się z drewnianej niewielkiej dźwigni, która w środku miała otwór, przez który przewlekano sznurek, na końcach dźwigni w otwory też były włożone sznurki z przywiązanymi na końcach kołeczkami. Rozdzielający chleb brał dźwignię za pętlę włożoną w środku, nakłuwał na kołeczek jedną z kromek, która stanowiła wzorzec i po kolei ważył pozostałe kromki. Dokładkami były okruszki, które zawsze powstawały w procesie cięcia. Potem kromki losowano w taki sam sposób jak zupę.

Po śniadaniu przychodził lekarz ? jeniec rosyjski. Przynosił z sobą walizeczkę z instrumentami i środkami opatrunkowymi. Do niego ustawiała się kolejka. Zestaw medykamentów był taki sam: papierowe bandaże i rivanol. Przy pierwszym opatrunku zauważyłem że rana zaczyna się zabliźniać.

Długie przerwy pomiędzy opisanymi, codziennie powtarzającymi się wydarzeniami były wypełnione dość dynamicznym wewnętrznym życiem baraku.

Wzdłuż przejść cały dzień snuli się amatorzy handlu, oferując nici, używane żyletki, igły, guziki, łyżki, co jeszcze może zawierać żołnierski dobytek? Obiegowy pieniądz stanowiły ?zakurki? (szczypty) tytoniu lub kawałki kromek chleba.

?Niehandlująca? część mieszkańców baraku zbierała się według zainteresowań i wymieniała opowiadaniami i wspomnieniami. Byli dwaj ?bajarze? ? specjaliści od  opowiadania bajek. Wokół nich zawsze było wielu chętnych posłuchać i trzeba przyznać, że byli oni rzeczywiście mistrzami ludowego bajania.   Bohaterowie ich bajek wyglądali bardzo przekonująco, posiadali barwnie opisywany wygląd i charakter. Dla zabicia czasu i ja zacząłem opowiadać swoje lektury,  szybko wokół mnie utworzyła się stała grupa słuchaczy. Opowiadałem Jacka Londona, Juliusza Verne, mity greckie, Sindbada-Żeglarza i inne. Trylogia o Kapitanie Nemo i Kapitanie Grancie cieszyła się dużym powodzeniem, opowiadałem ją wiele razy.

Dziwiła mnie przedsiębiorczość pojawiająca się w tym zamkniętym światku. Pojawili się mistrzowie-rzemieślnicy. Do nich zaliczał się też nasz brygadzista Iwan Spirydonowicz. Jego klientami byli Niemcy ze straży obozu, którzy z kolei handlowali z mieszkańcami miasteczka, zatrzymując dla siebie prowizję. Szczególnym powodzeniem cieszył się zawodowy artysta-malarz (on nie był z naszego baraku). Malował portrety z fotografii, dobrze na tym zarabiając, otrzymywał za swą pracę chleb i żywność. Za żywność wymieniał dla siebie porządną odzież, obuwie, chwalił się zegarkami na obu rękach i kieszonkowym. W naszym baraku byli dwaj wyplatacze koszy artystycznie wykonanych  z wełnianych grubych sznurów. Żołnierz reprezentujący w naszym baraku administrację obozu, razem z nimi zajmował się wyplataniem, zbytem gotowej produkcji i kupował materiał ? wełniane sznury.

Z aluminiowych menażek robiono papierośnice, na których grawerowano  monogramy i rysunki. Był mistrz wykonujący obrączki ze srebrnych monet. U nas w Rosji w obiegu do 1961 roku były monety z prawdziwego srebra, wprowadzone  w 1921-22 roku. Ostatnie lata spotykało je się rzadko, ale zgromadziłem ich całe blaszane pudełko po landrynkach, które gdzieś się zawieruszyło przy naszej przeprowadzce do obecnego mieszkania. W przedwojennym okresie te srebrne monety można było spotkać dość często. Z tych monet wytłaczano obrączki. Z ciekawości i ja dobrowolnie i bez zapłaty wpraszałem się do pomocy i wydawało się, że opanowałem technologię. W środku monety przebijano otwór. Tym otworem monetę nadziewali na stożkowy trzpień z jego cieńszego końca. Potem trzeba ją było równomiernie obstukiwać młoteczkiem, równocześnie obracając na trzpieniu i przesuwając  w kierunku grubszego końca. Na końcu przekształcała się ona w szeroką obrączkę, którą trzeba było jeszcze wypolerować suknem z szynelu, posypanym popiołem.

Mistrzowie-rzemieślnicy nie doznawali głodu, otrzymując wystarczające wynagrodzenie za swoje prace. Pozostali, i ja wśród nich, musieli zadowalać się niemieckimi porcjami. Męczące odczucie stałego głodu nie odstępowało. Jednakże nie wszyscy jednakowo odczuwali głód. Byli i tacy, którzy tracili nad sobą wszelką kontrolę, pożerali obierzyny z kartofli gotowanych w zupie. Ja  starałem się odwrócić swoja uwagę rozmawiając z towarzyszami.

Od tych, co trafili do niewoli na początku wojny, a takich pozostało niewielu, dowiedziałem się, że obóz podobny do obecnego to sanatorium w porównaniu z tym , co było na początku wojny, kiedy Niemcy dla milionów, którzy znaleźli się w niewoli, ogradzali drutem kolczastym otwarte przestrzenie i zaganiali tam tłumy bezbronnych, głodnych i zrozpaczonych ludzi, pozostawiając ich tam na śmierć z głodu, zimna i chorób. W ten sposób dowiedziałem się o szczególnie rozsławionych  obozach ; Jamie Humańskiej i Salaspils?ie. W tym samym czasie, w obozach które znajdowały się na Ukrainie bywały przypadki, kiedy Niemcy wypuszczali lub oddawali  jeńców za okup kobietom, które dotarły do obozu i stwierdziły, że to są ich mężowie. Niektórzy, wyzwoleni w taki sposób, doczekali w swoich rodzinach nadejścia naszych wojsk i byli powtórnie zmobilizowani.

Szczytem szczęścia było trafienie do ?bauera?, to znaczy jako robotnik do niemieckiego dziedzica.  Tam, chociaż trzeba było pracować jak niewolnik, za to dobrze karmili. Bauer rozumował tak ? nie nakarmisz, nie będzie pożytku z roboty. Opowiadano o takich przypadkach, kiedy pracujący u ?Bauera? jeniec stawał się prawie członkiem rodziny ? zastępując gospodyni obowiązki wojującego gdzieś tam albo poległego męża.

Większość jeńców stanowili chłopi. Oni chętnie opowiadali, a ja z ciekawością słuchałem ich opowiadania o wiejskim życiu kołchozowym i z okresu przedkołchozowego.

Dużo było wychodźców z Azji Środkowej. Zbierali się oni w grupy i o czymś w skupieniu szeptali. Od czasu do czasu któryś z nich wypowiadał jakieś przywołanie, po którym przyjmowali jednakowe pozy: nogi pod siebie, dłonie przed twarzą jak otwarta książka, potem, jak na rozkaz, przesuwają ręce po swej twarzy, jakby się myli. Mój sąsiad Tadżyk opowiadał o swych obyczajach muzułmańskich, o przyrodzie i pracy w polu, o dziwnych owocach rosnących w jego ojczyźnie. Tak w ogóle stosunki między wszystkimi członkami barakowej wspólnoty były zupełnie przyjazne, nie pamiętam poważnych awantur, zawsze trafiających się we wspólnym życiu dużych grup ludzi. Jedyne co zapamiętałem w tej sprawie to okrutne rozprawianie się z podejrzanymi o kradzież. Złapanego na gorącym uczynku złodziejaszka bito ze szczególnym okrucieństwem, i jeżeli nie wtrącił się niemiecki żołnierz, to na śmierć.

O sytuacji w świecie i na frontach dowiadywaliśmy się z gazetki dla jeńców, którą nam rozdawali, a która nazywała się ?Zorza?.  Bardzo dziwna to była gazetka. Nie wiem gdzie była wydawana i przez kogo redagowana, ale przeznaczona dla proniemieckiej propagandy zawierała artykuły,  tak mądrze napisane, że w nich pomiędzy wierszami można było przeczytać o rzeczywistej sytuacji Niemiec, które już weszły w strefę zbliżającego się pogromu. W ten sposób dowiedziałem się, że na początku lata 1944 roku nasze wojska wyzwoliły całe terytorium ZSRR i weszły do Polski, na Zachodnimi wybrzeżami Niemiec wisiało niebezpieczeństwo inwazji sojuszników, którzy już walczyli we Włoszech, opanowanych  przez Niemcy po buncie marszałka Badoglio, oskarżonego o zawarcie separatystycznego pokoju.

Dwukrotnie monotonne życie baraku było zakłócone.

Pierwszy raz ogłoszono, że przed nami wystąpi rosyjski generał z armii Własowa, o nazwisku, jak mi się wydaje, Miercałow. Przyprowadzono nas do znajdującego się na terenie obozu budynku, w którym była sala do pokazu filmów albo koncertów. Wzdłuż ścian stali uzbrojeni w automaty żołnierze.  Rozsiedliśmy się na ławkach. Na scenie pojawił się ubrany w niemiecki mundur, ale ze złotymi szerokimi pagonami rosyjskiego generała-majora krępy, w dość podeszłym wieku człowiek. On długo i nudno opowiadał o blaskach życia w przedrewolucyjnej Rosji, o bestialstwach bolszewików, o zadaniach Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej w przywróceniu wartości chrześcijańskich i wyzwoleniu Rosji od bolszewizmu. Wzywał do wstępowania w szeregi ROA, obiecując wyleczyć wszystkich chorych i rannych w niemieckim szpitalu. Jednakże jego apele nie wywołały entuzjazmu. Na pytanie ?Kto jest gotowy zapisać się do ROA?, nikt nie podniósł ręki (stojący wzdłuż ścian żołnierze przy tym się uśmiechali). Wkrótce w gazecie Zorza pojawiła się notatka, w której informowano, że wszyscy inwalidzi Stalagu I-A  jednomyślnie wstąpili w szeregi ROA. Jak mógł niemiecki cenzor nie zauważyć jawnej ironii tej notatki?

Innym razem przyprowadzono nas na koncert zespołu artystów ? jeńców. Prezentowali, i to zupełnie nieźle, rosyjskie pieśni ludowe, tańce,  grała orkiestra strunowa.

Nastąpiły ciepłe dni. Zacząłem spędzać większą część czasu na powietrzu ( w ciągu dnia na to pozwalano, zaganiając do baraków z nastaniem zmroku). Nawiązałem znajomość z niemieckim wartownikiem, który z nudów chętnie wspierał moje próby mówienia po niemiecku. Opowiadaliśmy o sobie i swych rodzinach, pokazywaliśmy fotografie. Oni zwykle byli z Volksturmu (starsi od wieku poborowego, zmobilizowania rozkazem ?fuhrera? pod koniec wojny).

Z nami sąsiadował barak, w którym byli Francuzi odbywający tutaj karę za jakieś wykroczenia. Wzdłuż drucianego ogrodzenia cały czas tłoczyli się ?poproszajki? wołający ?Kamrad, kamrad! Kuli! Kuli!?(kuli w jakimś z ich języków oznacza niedopałek, po naszemu [rosyjsku] ? ?byczek?).

Tutaj  po raz pierwszy ze zdziwieniem się dowiedziałem, że Francuzi, tak jak i  jeńcy z innych krajów, oprócz niemieckich racji otrzymują pomoc od Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, za jego pośrednictwem korespondują z krewnymi i otrzymują z domu paczki. Co więcej, ranni albo chorzy są wymieniani i po prostu wracają z niewoli, a znajdujący się w niewoli ? okresowo otrzymują wynagrodzenie, przelewane na ich osobiste konta w bankach, mundury wojskowe i awansują.

Kiedyś wywołano mnie z francuskiej strony, próbując porozumieć się ze mną w języku  ormiańskim. Okazało się, że jest to francuski Ormianin, który przyjął  mnie za ziomka. Kiedy przekonał się o swej pomyłce, mimo wszystko kontynuował rozmowę w łamanym niemieckim. Jak zrozumiałem, urodził się we Francji w rodzinie ormiańskiej, która wyemigrowała z Turcji w czasie rzezi, zorganizowanej przez naszego ?przyjaciela? Ataturka. Według niego we Francji mieszka dużo Ormian, w tym wielu emigrantów z Rosji.

Przedmiotem wymiany pomiędzy francuską i naszą strefą były liście mlecza, z którego Francuzi robili sałatę. Te listki oni z zadowoleniem wymieniali na papierosy, dlatego w naszej strefie wszędzie, gdzie tylko były mlecze, miały  wyskubane liście.

Oprócz Francuzów w obozie byli jeszcze Włosi. Oni swobodnie przemieszczali się po wszystkich strefach obozu. Otrzymując za pośrednictwem Czerwonego Krzyża pomoc pieniężną w niemieckich markach, wymienianą na specjalne ?obozowe? banknoty,  chodzili do sklepu (nazywał się on ?kantyna?) i kupowali w nim papierosy, które wymieniali na produkcje naszych artystów (papierośnice, łyżki aluminiowe, papcie zeszyte ze skrawków szyneli i walonek).

Czas ciągnął się nieprawdopodobnie wolno. Zdawało się, ze pobyt tutaj nigdy się nie zakończy. Myślałem ? czy nastanie kiedykolwiek koniec wojny i ja będę te dni tylko wspominał?

Ale nastało lato, rana prawie się zagoiła i zacząłem chodzić tylko lekko opierając się na lasce. Starałem się dużo chodzić wokół i wewnątrz baraku, żeby w pełni wypracować osłabione mięśnie nogi. Zaczęły także mijać skutki  kontuzji; słuch prawie powrócił, tylko znacznie gorzej słyszałem prawym uchem niż lewym. Zresztą ta utrata słuchu pozostała do dzisiaj.

Nadeszła wiadomość o nieudanym zamachu na Hitlera. Niemiecka propaganda obróciła fiasko zamachu na swoją korzyść, tłumacząc cudowne ocalenie fuhrera od śmierci boską interwencją.

Ze wschodu zaczęły dochodzić dalekie grzmoty. Poczuliśmy zbliżanie się frontu. Było to widoczne w niejakiej nerwowości straży i pojawiającej się panice wśród obsługi obozu.

Pewnego dnia, bez uprzedzenia rozległ się rozkaz do zbiórki. Zebrałem swój skromny majątek (szynel i menażkę), razem z drugimi mieszkańcami baraku wyszedłem na drogę Trzymali nas tutaj długo, wiele razy odliczali. Sformowali oddziały po 100 ludzi, otoczyli konwojem z dziesięciu uzbrojonych konwojentów na oddział, wśród nich jeden z psem i wyprowadzili poza granice obozu. Pieszo doszliśmy do stacji, gdzie załadowaliśmy się do wagonów towarowych. Drzwi się zamknęły, pozostawiając nas w półmroku i pociąg ruszył.

Jechaliśmy niedługo z częstymi przystankami. Według mnie, już rankiem następnego dnia zatrzymaliśmy się na stacji towarowej miasta Thorn (niemiecka nazwa polskiego miasta Toruń).

 

> > Pełny oryginalny tekst.


Źródło on-line
Źródło informacji: baza danych OBD-memoriał
Autor wpisu: Wojciech Beszczyński
Dodano: 18.4.2012  Odsłon: 1654
Zgłaszanie uwag Zgłaszanie uwag
Powered by Sigsiu.NET RSS Feeds
------------------- Tu powstał pomysł ! -------------------
Reklama
Historie niezwykłe
Czyż Stanisław
24 kwietnia - 23 października 1940
Łomonosow Dymitr Borysowicz
lato 1944
Rigoni Stern Mario
wrzesień 1943 - wiosna 1944
Zanoncini Emilio
wrzesień 1943 - ostatnia informacja 1 marca 1944
Tu kupisz najnowszą książkę o Stalagu IB
Reklama
Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 68 gości 
Mapa turystyczna
Reklama