Spis jeńców Stalagu IB Hohenstein

Rigoni Stern Mario


Miejscowość: Asiago
Numer jeńca: 7943 I/B
Okres niewoli: wrzesień 1943 - wiosna 1944

Mario Rigoni Stern urodzony 1 listopada 1921 roku w Asiago, zmarł tamże 16 czerwca 2008 roku. W 1938 roku zgłosił się do szkoły wojskowej a czasie wojny brał udział w działaniach  na terenie Francji, Albanii, Grecji i Rosji. Walczył w rejonie rzeki Don, skąd po klęsce stalingradzkiej wyprowadził kilkudziesięcioosobowy oddział swoich towarzyszy z donieckiego kotła. Po wielomiesięcznej wędrówce dotarli piechotą do Włoch. We wrześniu 1943 roku, po podpisaniu przez rząd generała Badoglio zawieszenia broni, został wraz z tysiącami innych żołnierzy włoskich zatrzymany przez Niemców w obozie w Innsbrucku, a następnie przetransportowany do obozu jenieckiego Stalag I B Hohenstein. Przebywał tutaj kilka miesięcy, później przeniesiono go do oddziału roboczego do Bogaczewa koło Elbląga, a w marcu 1944 roku trafił do obozu w Łambinowicach.

Przeżycia wojenne stały się później głównym tematem literackiej twórczości Rigoni Sterna. Jest autorem kilkunastu książek i laureatem wielu nagród literackich.

Podczas wizyty w Polsce odwiedził Olsztynek i teren dawnego Stalagu. Zapis z tej podróży w czasie opublikowała ?Borussia? ? poniżej obszerne fragmenty wspomnień (pogrubienia i nawiasy [-] od autora wpisu).

 

?Dokładnie sześćdziesiąt lat temu, właśnie jesienią, jak dziś, byłem niedaleko stąd w lagrze, a teraz po spotkaniu z czytelnikami zorganizowanym przez Instytut Kultury Włoskiej, wczesnym rankiem wyjeżdżam z Warszawy, wynajętym samochodem i w towarzystwie tłumacza, żeby tam wrócić. To powrót, którego życzyłem sobie od dawna, a który wciąż odkładałem, bo zawsze były jakieś inne sprawy i problemy. Ale dzisiejsza okazja, żeby znów zobaczyć to miejsce, może być przecież ostatnią.

 

Znalazłem się w lagrze 17 września 1943 roku po dwóch dniach transportu pociągiem wojskowym, obolały, głodny i wściekły. Wyjechawszy z Innsbrucku, zamknięci po pięćdziesięciu w wagonach bydlęcych, które uformowały długi eszelon, przemierzaliśmy Austrię, Czechy i Polskę. W dzień, kiedy tylko mogłem, wspinałem się na palce, żeby odczytywać przez zakratowane okienko nazwy stacji i zrozumieć, dokąd nas wiozą.

 

Drugiego dnia o świcie dali nam, wagon po wagonie, wysiąść w polu dla załatwienia naturalnych potrzeb i żeby nabrać wody ze zbiornika lokomotywy. Przy wyjeździe z Innsbrucku na czas całej podróży i do podziału na pięćdziesięciu przydzielili nam dwa kilogramy czarnego chleba. Po dwóch nocach i dniu takiego podróżowania w tłoku i smrodzie, rekruci, jeszcze ze smakiem domowej zupy w ustach i wspomnieniem pożegnalnych uścisków, zaczęli słabnąć, a w nocy płakać skrycie z głodu.

 

Jeszcze w Innsbrucku nauczony doświadczeniem i przewidując co najgorsze, z nieświadomą i kierowaną głodem zręcznością ukradłem z magazynu Niemców, zajętych rozdzielaniem prowiantu, trzy długie bochny chleba i trzy puszki mięsa. Plecak wypełniony tym dobrem służył mi w wagonie za podgłówek, a także za stołek. Moim sąsiadem był Dotti, wysłużony starszy sierżant artylerii alpejskiej, towarzysz marszów z Rosji na Ukrainę i na Białoruś. Zwierzyłem mu się szeptem ze swej zdobyczy i pomysłu, żeby podzielić ją z rekrutami. Poparł go oczywiście. Ale ilu było tych chłopców? Trudno ich było policzyć, a nawet rozróżnić w tym ścisku, wstałem więc i zdecydowanym głosem kazałem im podnieść rękę. Na początku wahali się, ja obstawałem przy swoim, usiłując nadać sobie autorytet, i patrząc w oczy jednemu po drugim, doliczyłem się ich dwudziestu. Usiadłem i otworzyłem plecak. Dotti miał masywny nóż i zacząłem nim otwierać puszki z mięsem, po kilogramie każda i kroić chleb, usiłując zachować precyzję w dzieleniu racji. Dotti na każdą kromkę chleba kładł plaster mięsa, dokonaliśmy podziału, zachowując po porcji także dla nas obu. Nikt ze starszych wojskowych nie powiedział ani słowa na widok naszej operacji. Obserwowali ją w milczeniu.

 

Pod koniec podróży byliśmy u kresu sił. Po otwarciu zasuw, wagon po wagonie, kazali nam wysiadać, wykrzykując rozkazy, których nikt nie rozumiał. HOHENSTEIN, przeczytałem na murze stacji, którą dopiero co minęliśmy.  ?Gdzie my jesteśmy??, pytałem sam siebie. Nigdy nie słyszałem, żeby ktoś wymieniał nazwę tego miejsca.

 

Ustawili nas piątkami, liczyli i przeliczali. Sprawdzając papiery wagon po wagonie. Kazali nam wyjść bramą dla wozów i skierowali na brukowaną drogę, która prowadziła do wsi. Po obu stronach drogi ustawione były szeregi młodzieży szkolnej z towarzyszącymi im nauczycielami: kiedy przechodziliśmy, uczniowie zaczęli rzucać w nas kamieniami i pluć na nas. Krzyczeli:

-Badoglio! Badoglio!

 

Jakże smutno tak maszerować, ile gniewu na tę młodzież, jaka wielka chęć, żeby dać nauczkę nauczycielom w brązowych koszulach, którzy jej towarzyszyli. Bruk przeszedł w bitą drogę. Maszerujemy w milczeniu, chwiejąc się z głodu na nogach.

 

(...) Byliśmy wtedy młodzi i było nas wielu, w konsekwencji 8 września 1943 roku zamknięto nas tu, a było nas, Włochów, może ze dwadzieścia tysięcy. [czy dotyczy to jeńców włoskich w Stalagu IB?] Wielu nie miało dwudziestu lat, byli to chłopcy z ostatniego poboru, mającego odnowić bataliony rozbite w Rosji przeszłej zimy, inni byli żołnierzami ze składnic, administracji albo magazynów, których my, niewielu ocalałych, uważaliśmy za dekowników, nadając im przydomek ?szczury?. My, kilku weteranów, mających za sobą trzy wojenne fronty, nie mówiąc nigdy o tym, czuliśmy wobec tych młodszych i niedoświadczonych obowiązek opiekowania się nimi i pomocy. Tak myśleli starzy sierżanci Baroni i Bertazzoli, a także eks-kaprale o najdłuższej wysłudze lat, sierżanci Baroni i Bertazzoli awansowani i odznaczeni za zasługi wojenne na polu bitwy. Naszym autorytetem był ksiądz o zaniedbanym wyglądzie i w czarnej sutannie, a nie mundurze, z dwiema szmatkami rang na ramionach i w kapelusiku alpejskim.  Przyjechał do lagru w tym samym konwoju co my, ponieważ w Innsbrucku zdecydowanie odmówił podróży w towarzystwie oficerów. Był to ojciec Ottorino Marcolini, z Oratorium della Pace w Brescii, i to on w święto szóstego regimentu strzelców alpejskich, 10 czerwca, w rocznicę bitwy pod Ortigarą, przed frontem ustawionego w szyk naszego batalionu rzucił wyzwanie dostojnikom i władzom, mówiąc nie o zwycięstwie, lecz o pokoju.

 

Pierwszym zmarłym w lagrze I/B był strzelec alpejski z mojego baraku, który w 1940 roku na krótko był członkiem mojego oddziału i który z batalionem Verona wyszedł z dońskiego kotła. Po kilu dniach zamknięcia, z rana, kiedy było jeszcze ciemno, nie podniósł się z pryczy na krzyki dozorców. ? Zapalenie nerek ? stwierdził odprowadzający go do grobu ojciec Marcolini. Miejsce grzebalne było za ogrodzeniem. Dużo już tam, na tej przeklętej ziemi, było ? i wielkich ? zbiorowych mogił żołnierzy rosyjskich.

 

Ale dlaczego wracać do tamtych miejsc? Wiem, jak i co się odbywało za tymi ogrodzeniami z drutu, w tych ponurych barakach, z których każdy mieścił trzystu pięćdziesięciu z nas: te mgły zimowe, ten głód, z którego najsłabsi płakali w nocy, i te pochlebstwa, które miały nas doprowadzić do ustępstw i zaciągnięcia się do wojska Grazianiego. Te wrzaski: - Aufstehen! Schnell! Raus! Raus! ? i te uderzenia kijem o słupy baraku i w plecy tych, którzy ociągali się, schodząc z pryczy. I tak czasem w środku nocy, po wiele razy, żeby później stać na zimnie i śniegu, poddając się sprawdzaniu stanu obecności który, ich zdaniem, nigdy się nie zgadzał.

 

Teraz wiem dlaczego chcę wrócić. Zbyt słaba jest pamięć ludzka, a poza tym chcę, żeby mój syn, moja żona, synowa, a także tłumacz mieli wyobrażenie o tym, co wycierpieliśmy z winy faszyzmu. Chcę żeby wiedzieli o tym moi czytelnicy, mimo że są to stare historie. I mimo że jest nas niewielu świadków, ta nasza przeszłość nie może pozostawać w zapomnieniu dlatego, że teraz nasze brzuchy są pełne, a domy ciepłe, dlatego że mamy czyste łóżko do spania, a nasze wnuki uśmiechają się współczująco, widząc jak podnosimy do ust okruchy chleba pozostałe na obrusie albo kiedy odkładamy na zapas kawałek chleba zostawiony na stole.

 

(..)

Nie mówię nic, obserwuję i porównuję. Wtedy, kiedy jechaliśmy i nie wiedziałem gdzie jestem, tak nie było. W moich wspomnieniach wszystko było ponure, szare, zimne, takie, jakim je widziałem zza ogrodzenia. Sprawił to głód? Blade i wychudłe twarze niespełna dwudziestoletnich chłopców zamkniętych razem z nami? Nocne niespodziewane pobudki na apel? Sprzeczki przy podziale chleba? Cisza z Włoch, poczucie bycia zapomnianym? Ten okropny historyczny moment, za który odbywaliśmy karę?

 

(...)

Lager I/B położony był blisko wielkiego mauzoleum, odczuwaliśmy ciężar tego sąsiedztwa. Kiedy przyszli Rosjanie, więźniowie pozostali w lagrze zniszczyli ogrodzenia. Schwytali też Lagerfeldfebla Brauma i powiesili na słupie, z którego powiewała flaga ze swastyką, a później wrzucili ciało do latryny. Dla niego zastrzelić jeńca rosyjskiego ? Iwana, jak ich w uogólnieniu nazywał ? znaczyło tyle co zastrzelić szczura.

(...)

OLSZTYNEK, czytam na tablicy przy wjeździe do miasteczka, a wkrótce znajdujemy się przed stacją kolejową. Tu, do tego budynku wszedłem tylko raz w życiu, pod eskortą, kiedy wieziono mnie koleją na Królewiec, dziś Kaliningrad, do miejscowości Guldenboden [Bogaczewo koło Elbląga], której nie mogę znaleźć na żadnej mapie, gdzie był mały oddział więzienny. Za to pamięć odnajduje wszystko, jak było, obskurna poczekalnia, ławki, rozkład jazdy, odrapane ściany, zapach węgla. Nie pozwolili mi usiąść na tych ławkach, musiałem stać pośrodku pomieszczenia, a kiedy próbowałem zamienić słowo z kobietami, które przyglądały mi się ciekawie ? powiedzieć choćby: ?Sono Italiano? ? dwóch uzbrojonych z eskorty groźnie rozkazało mi milczeć. (...)

Wychodzę na tory, między szynami porasta trawa. Tam na północy musiałem ciężkim kilofem plewić tę trawę i sypać żwir między podkłady, od świtu do nocy, a wieczorem kromka chleba i litr zupy z rzepy. Nic więcej. W tym naszym oddziale wielu zapadło na gruźlicę. Ilu więźniów polskich, francuskich, rosyjskich, włoskich wysiadło tu z przeklętych transportów? Ilu nie wróciło nigdy do domów?

(...)

Nie wydawało mi się, by droga, która z miasteczka prowadziła do lagru, była taka krótka. (...) Tam gdzie droga przechodzi w ścieżkę, plastykowa tablica zawieszona na dwóch słupach głosi: KRÓLIKOWO 1939-1944 ? STALAG I/B, a chroniona daszkiem płyta opowiada pokrótce, po polsku, niemiecku i rosyjsku, historię tego miejsca. Ale trudno ją odczytać, bo jest zaplamiona graffiti.

(...)

Przeczytaliśmy razem te słowa, ale później już sam kieruję się ku miejscu, które pamięć zachowała dokładnie. Jako jego znak odnajduję błotnistą wklęsłość: to tam więźniowie rosyjscy przydzieleni do tych robót wyrzucali zawartość latryn. Trochę wyżej znajduje się barak odwszalny, dezynfekcyjny i depilacji totalnej. To barak nowo przyjętych, gdzie spędziłem dwa miesiące w całkowitej prawie izolacji, medytując nad tym, co zdarzyło się w ostatnich latach mego życia. Przyjaciółmi byli mi Rosjanie, którzy ryzykując represje Lagerfeldfebla, zbliżali się czasem do mego baraku.

 

W tym moim baraku przebywali do odwszenia więźniowie włoscy, którzy wracali z oddziałów roboczych, i więźniowie rosyjscy, wśród nich wielu rannych, od których dowiadywałem się ostatnich wiadomości z frontu. Czasami dawali mi parę kartofli. Pewnego dnia włoski marynarz, który wracał do kraju, ponieważ na ochotnika przystał do marynarki republiki Salo, zostawił mi w podarunku pół butelki wody kolońskiej 4711: ? Ja już niedługo będę we Włoszech ? powiedział mi. To był naprawdę wspaniały prezent i wąchanie od czasu do czasu butelki przysparzało mi wielkich emocji.

 

Z rogu pobytu czasowego i odwszenia, szlakiem Lagerstraße, którą wiele razy przebywałem pod eskortą i z której nie zostało ani śladu, kieruję się ku ogrodzeniu z metalowej siatki: tam w środku było ?serce? lagru, barak pod najściślejszym nadzorem, otoczony wielokrotnymi kręgami siatki, gdzie znajdowało się dowództwo, koszary wart, magazyny, arsenał. I archiwum, zawierające rejestry naszych nazwisk oraz kartoteką z odciskami palców i fotografiami każdego z nas z numerem na piersi. Jaki byłem?

 

W środku za ogrodzeniem, pasie się stado owiec, okrążam je z zewnątrz, szukając przejścia. Dochodzę do skrajnego rogu z lewej, gdzie w ostatnim rzędzie, stał mój barak. Miał numer 55?  Byliśmy tam zamknięci w 329, a Lagerfeldfebel zrobił mnie w dzień po przyjeździe odpowiedzialnym za rozdział chleba i czystość.

 

Tego wieczoru we wrześniu 1943 roku dotarliśmy na miejsce, padając z głodu, i jak te owce, z Cecco Baronim, Tardivellim, Bertazzolim i Antonellim, rzuciliśmy się na trawę, i jedliśmy ją, taką delikatną. Z wieżyczki wartowniczej z góry ruchami reflektora i karabinu maszynowego śledzono nasz popas. Dwa dni potem dowiedzieliśmy się z lagrowego radia [?], że w tym sektorze obozu były przed nami zamknięte tysiące więźniów rosyjskich, i że wszyscy zmarli na tyfus plamisty.(...)

Idę po trawie wyrosłej na miejscu mojego baraku, liczę kroki, odnajduję miejsce, gdzie leżałem, rozmyślając o przeszłości, głodzie, odpowiedzialności. Nad biodrami utworzył mi się wtedy, z wychudzenia, łuszczący się nagniot. Tu spoliczkowałem alpejczyka, weterana kampanii w Rosji i Albanii, bo ukradł porcję chleba rodakowi, tu ukradli mi buty zimowe na zamianę na lagrowym czarnym rynku. W głębi, za następnym ogrodzeniem, które uniemożliwiało przejście, ale nie komunikację, był barak oficerów włoskich ? także półkowników z różnych rezerw i dystryktów ? którzy oferowali papierosy w zamian za swetry, wełniane skarpety, buty. Odkrywszy ten handel, byłem do głębi oburzony i pomstowałem na rekrutów, którzy nań przystawali, ale bardziej jeszcze na niegodnych i głupich oficerów.

 

Rozglądam się wokół, owce pasą się spokojnie, bez pasterzy i psów; jesień w swych najpiękniejszych barwach; to krajobraz sielankowy: wydaje się niemożliwe, że sześćdziesiąt lat temu panowały tu głód, śmierć, cierpienie, krzyki komend.

(...)

Przechadzam się jeszcze, a przede mną błądzą owce. Później zwierzęta skręcają, a ja znajduję się w miejscu, gdzie były baraki Niemców, te owszem, były przyzwoite, na podwyższonym fundamencie, ze schodkami i tarasikiem, latem zdaje się, obsadzone kwiatami. Jedyne które zachowały dawny kształt; są tu resztki desek, słupów. Może tych, na których zatykali flagę ze swastyką. Przyglądam się długo tym niewielu resztkom lagru I/B; jeszcze trochę, a znikną i one. Co zostanie? Może tylko tych moich kilka słów?

 

Dziesiątki tysięcy więźniów było tu zamkniętych, obywateli Europy od Atlantyku po Ural, ale też ludzi z Syberii, Azjatów. 55 tys. osób zmarło w miejscu, które dziś przypomina łąkę, na której pasą się owce w jesienny, jasny i barwny czas. Niemcy byli bardzo sprawni w prowadzeniu ewidencji. Ja byłem numerem 7943 I/B. (...)?

 

Mario Rigoni Stern ; ?Powrót do lagru I/B?;  tłum z wł. Anna Czajka. Borussia. -[Nr] 41 (2007), s. 217-224.


Źródło informacji: Borussia. -[Nr] 41 (2007) + ALBO Nr 4 (167) wrzesień 2009 + Agostino Roncallo "La strada del sergente", Morlacchi Editore 2009
Autor wpisu: Piotr
Dodano: 20.1.2012  Odsłon: 2003
Zgłaszanie uwag Zgłaszanie uwag
Powered by Sigsiu.NET RSS Feeds
------------------- Tu powstał pomysł ! -------------------
Reklama
Historie niezwykłe
Czyż Stanisław
24 kwietnia - 23 października 1940
Łomonosow Dymitr Borysowicz
lato 1944
Rigoni Stern Mario
wrzesień 1943 - wiosna 1944
Zanoncini Emilio
wrzesień 1943 - ostatnia informacja 1 marca 1944
Tu kupisz najnowszą książkę o Stalagu IB
Reklama
Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 71 gości 
Mapa turystyczna
Reklama