Spis jeńców Stalagu IB Hohenstein

Czyż Stanisław


Miejscowość: Wilno ?
Numer jeńca: brak informacji
Okres niewoli: 24 kwietnia - 23 października 1940

Dudzińska Zofia "Obóz jeniecki w Olsztynku", Olsztyn 1983

Obszerne fragmenty wspomnień Stanisława Czyża, który przebywał w obozie jako dziewięcioletni chłopiec. W Obozie zatrzymana była cała rodzina Czyżów: oboje rodziców i dwóch synów.

 

?W obozie przebywałem wraz z rodzicami od 24 kwietnia do około 23 października 1940 roku. Sfor­mowany pociąg towarowy przywiózł rodziny pol­skie z Wilna do stacji kolejowej w pobliżu Olsztynka. Wyładowano nas już o zmroku i polnymi drogami, pod konwojem, przypędzono do obozu. Pamiętam, że obóz był w szczerym polu, za obo­zem było jezioro, a za jeziorem potężna budowla z czerwonej cegły. Ojciec mówił mi, że to pomnik Hindenburga. Ten pomnik mogłem obejrzeć z bliż­szej odległości, gdy następnego dnia popędzono nas do łaźni, która była położona bliżej jeziora [*] . Już w czasie formowania kolumny marszowej nie­jeden oberwał za powolne ustawianie się w ko­lumnie, a postrachem dla dzieci były psy rzuca­jące się na uwięzi. Zapowiedziano, że nikomu nie wolno siadać na wozy wiozące bagaże wysiedleń­ców. Dzieci zmęczone podróżą w nieprzystosowa­nych wagonach, musiały iść o własnych siłach, albo nieśli je rodzice.

Wpędzono nas do rewiru ogrodzonego zewsząd drutem kolczastym. Było już ciemno. Pierwszą noc spędziliśmy na gołych deskach dwukondygnacyjnych prycz. Rano wypędzono nas z baraków i od­dzielono wszystkich mężczyzn. Wyprowadzono ich do innego rewiru. Do pozostałych kobiet i dzieci przemawiał, za pośrednictwem tłumacza, niemiecki oficer w eleganckich, błyszczących butach z cho­lewami. Z mowy jego zapamiętałem, że pod żad­nym pozorem nie wolno zbliżać się do zewnętrzne­go ogrodzenia obozu. Kto chce żyć, niech nie pod­chodzi do drutów [...] Powiedział, że przeznaczono dla nas baraki o numerach 6, 7 i 8. Dowiedzieliśmy się też, że w baraku 9 mieści się ?kircha" czyli kościół i tam wprowadzać się nie wolno. Nie wol­no też wychodzić z wyznaczonego ogrodzeniem re­wiru. Będzie to traktowane jako ucieczka, a ucie­kać nie wolno.

Następnie rozpędzono kobiety i dzieci do trzech baraków. Nam przypadło mieszkać w baraku nr 7, spaliśmy zaś na pryczy wyścielonej drewnianymi wiórami. Prycze stały pod ścianami, na środku był chodnik z czerwonej cegły, a na końcu chodnika, naprzeciwko drzwi wejściowych, jeden na cały ba­rak piecyk żelazny. Kobiety kłóciły się o gotowa­nie na tym piecyku, ale tylko z początku. Gdy wyczerpały się zapasy z podróży, piecyk był rzadko używany. Zaczął się głód. Chodziłem głodny ca­łymi dniami, a matka szczególnie starała się podkarmiać mego młodszego braciszka, który był ja­kiś bezradny i nie chciał się bawić. Całymi dniami siedział u matki na kolanach, nic nie mówił i bal się ryczących nad obozem samolotów. Ja byłem z natury ruchliwy i ciekawy życia. Mimo strachu ciągle obserwowałem chodzące poza dru­tami patrole i. w przerwach zbliżałem się do ogro­dzenia oddzielającego poszczególne rewiry wewnętrzne. Kiedyś zauważyłem, że pomiędzy barakami widniejącymi poza dwiema liniami płotów z drutu chodzą jacyś ludzie w polskich mundurach wojsko­wych. Jeden z nich dawał mi znaki. Obejrzałem się, czy w pobliżu nie ma patroli i po przebyciu kolczastego płotu znalazłem się nad rowem. Rów przeskoczyłem, przepełzłem pod następnym płotem z drutu i byłem już na placu, około 20-30 me­trów od baraków. Szybko przebiegłem przestrzeń i jakiś wesoły żołnierz wprowadził mnie do ba­raku. Było tam wielu, nawet bardzo wielu polskich żołnierzy. Ów żołnierz pogadał z drugim i zapytał, czy jestem głodny. Ukroił kromkę chleba i posma­rował margaryną. Jadłem jak głodne zwierzę. Z chlebem za koszulą - danym mi przez żołnie­rzy dla matki i braciszka - wróciłem do naszego rewiru tą sama drogą. Matka ucieszyła się, że je­stem taki zaradny. Pamiętam, że za część chleba dostałem kawę i trochę cukru. Mimo, że matka bała się o mnie bardzo, gdy zbliżałem się do dru­tów, jednak często chodziłem do żołnierzy. Uczyli mnie, jak zachowywać się w obozie. Wskazali mi miejsce, gdzie przypuszczalnie mógł być mój oj­ciec. Powiedzieli, że tam buduje się baraki dla no­wych jeńców. Pokazali, gdzie jest obozowa kuchnia, gdzie są odpadki i jak wygrzebywać z nich je­dzenie. Często tam można znaleźć brukiew - już ją znałem z zupy, którą nam dawano, liście z ka­pusty, a nawet głąby, czerwone buraki i nadpsute, duże kartofle. Wybrałem się w podróż do kuchni. Serce trzepotało mi ze strachu. To nie to, co przeczołgać się szybko pod drutami. Tu trzeba było przebyć kilkadziesiąt metrów między drutami, a jednak dostałem się na zaplecze kuchni, i przy­niosłem dwa czerwone buraki, buraczane liście i liście kapusty. Matka zrobiła zupę. Nadal chodziłem pod kuchnię. Chciałem też dostać się w pobliże miejsca, gdzie budowano baraki i gdzie spodziewałem się spotkać ojca. Wreszcie doszło do tego spotkania. Ojciec obserwował mnie od dłuższego już czasu i wziąwszy do rąk jakąś deskę, zbliżył się do mnie. Nieznanym mi głosem powiedział cicho ?Żebyś tu więcej nie przycho­dził, bo cię zabiją! Widziałem cię już pod kuchnią, ale nie mogłem podejść?. O spotkaniu nie powie­działem matce.

Głód był jednak silniejszy niż strach. Kombinowa­łem jak mogłem, aby zdobyć pożywienie. Pogorszy­ło się w obozie w pierwszej dekadzie maja, gdy do nowo wybudowanych baraków przybyli jeńcy francuscy.

Pewnego dnia obudziły mnie w nocy strzały, jakby w baraku nr 9, czyli w kościele. Lubiłem tam prze­bywać, bo barak był pusty. Prowizoryczny ołtarz wyścielony był jedliną i pachniało inaczej niż w naszym baraku. Poszedłem i wtedy. Zobaczyłem na ścianie plamy, których wcześniej nie było. Jakby krew. Strzały powtarzały się nocami w lesie, a po­tem zabroniono wchodzić do ?kirchy". Wreszcie ją ogrodzono i nawet o zmroku słychać było stamtąd strzały, a pod plot podjeżdżały ciężarówki kryte plandekami. Gdy rodzina się złączyła, ojciec mówił, że rozstrzeliwano tam tych Polaków, których wy­selekcjonowano. Ojciec też stal już pod ścianą; był w legionach, walczył przeciwko Niemcom, a na­wet był pogranicznikiem w rejonie styku trzech granic: Prus Wschodnich, Litwy i Polski. Dowie­dział się o tej zamierzonej egzekucji majster bu­dowy o nazwisku podobnym do Michalski, mie­szkający w wiosce blisko obozu. Przybiegł do ofi­cera kierującego egzekucją i powiedział ?Ten tam, Czyż Czesław, ma być rozstrzelany za politykę? Jaki z niego polityk, to ciemny chłop nie czytający i nie piszący. Pracuje w moim komando przy bu­dowie baraków. Jest mi potrzebny, bo to robotnik, a na budowie baraków zna się?. Oficer spojrzał podobno na mizerną postać ojca i kazał mu iść z majstrem na budowę, i tak ojciec uniknął śmier­ci w obozie pod Olsztynkiem [...]. Z biegiem czasu zrobiło się coraz chłodniej i do głodu przyłączyło się zimno. Ciepłego ubrania nie miałem. Do obozu znów pędzono kolumny jeńców. Robiło się ciasno. Z dala od naszego rewiru widać było ciemną masę jeńców za drutami i słychać krzyki patroli, a często strzały. Dochodził stamtąd stały, głuchy szmer. Z naszego rewiru coraz czę­ściej wynoszono zmarłych, szczególnie dzieci. Sły­chać było płacz matek i te strzały nocą. Już nie spałem spokojnie. Widać było ciężarówki jadące drogą obok obozu, w kierunku na prawo. Szep­tano, że wywożą nieżywych.

Pewnego jesiennego dnia znów spotkałem ojca nie­daleko kuchni. Powiedział półgłosem, że niedługo wyjeżdżamy. Istotnie, zebrano nas i ogłoszono ?Jedziecie do Polski, do Warszawy?. Pewnej sobo­ty, po łaźni, już nie popędzono nas do baraków. Uformowano grupy i kazano poznawać nasze rze­czy z wypisanymi nazwiskami. Zobaczyłem ojca, któ­ry wynosił już worki i kuferek. Załadowano rzeczy chyba na wozy i wieziono nas potem koleją, po ciemku. Ale ojciec podsadził mnie do okna i kazał odczytywać mijane stacje [...]. W Warszawie wy­ładowano nas na dworcu, chyba Wileńskim, gdzie była pętla tramwajowa. W mig urwałem się spod ojcowskiej opieki i jeździłem po pętli, wsiadając na początku, wysiadając na końcu. Oberwałem za to lanie.

W Warszawie postawiono nas przed komisją lekar­ską, oddzielono zdrowych od chorych, pierwszych zabrano na pociąg. Podobno do pracy. Ojciec, mając obustronną przepuklinę, został zwolniony. Matka wylamentowała zwolnienie tłumacząc, że jest chora na serce, l tak zostaliśmy naraz sami, z tobołkami. Powiedziano ?Możecie iść, gdzie chce­cie?. To było wprost nie do wiary. Nie ma patroli i psów, nie ma drutów i twardych prycz. Nie ma strachu przed karabinem. Mimo to, przeżytych w obozie Hohenstein miesięcy nie mogę zapomnieć do dziś [...]".

 

* teren aktualnych (lipiec-październik 2011) badań archeologicznych - zobacz fotografie na forum.


Źródło informacji: Dudzińska Zofia "Obóz jeniecki w Olsztynku", Olsztyn 1983
Autor wpisu: Piotr
Dodano: 20.11.2011  Odsłon: 1663
Zgłaszanie uwag Zgłaszanie uwag
Powered by Sigsiu.NET RSS Feeds
------------------- Tu powstał pomysł ! -------------------
Reklama
Historie niezwykłe
Czyż Stanisław
24 kwietnia - 23 października 1940
Łomonosow Dymitr Borysowicz
lato 1944
Rigoni Stern Mario
wrzesień 1943 - wiosna 1944
Zanoncini Emilio
wrzesień 1943 - ostatnia informacja 1 marca 1944
Tu kupisz najnowszą książkę o Stalagu IB
Reklama
Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 17 gości 
Mapa turystyczna
Reklama